
W „Małym księciu” Antoine de Saint-Exupery napisał „Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Kiedy do Ciebie wróci, jest twoje. Jeśli nie, nigdy twoje nie było.”
I chyba ciężko lepiej opisać o czym jest film „Państwo Rose”. Nowa komedia Jay’a Roach’a znanego z reżyserii serii Austin Powers weszła ostatnio do kin. Tym razem nie zajmuje się on tematyką międzynarodowych spisków i siatek szpiegowskich a czymś bardziej przyziemnym – a mianowicie miłością. Ten film jest ponowną realizacją amerykańskiej produkcji z lat 80-tych pod tytułem Wojna państwa Rose (The War of the Roses), tylko tym razem z brytyjską obsadą i uwspółcześnionymi wątkami.
„Państwo Rose” zaczyna się w niedawnej przeszłości, kiedy to nasza dwójka bohaterów się poznaje. Theo (Benedict Cumberbatch) architekt na nudnym spotkaniu biznesowym postanawia zakręcić się do restauracyjnej kuchni, gdzie Ivy (Olivia Coleman) eksperymentuje z jedzeniem. Dwójka bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że są sobie pisani i konsumują nowopoznaną znajomość. Po tym wstępie bardzo szybko jesteśmy przeniesieni do ich codzienności, gdzie Theo właśnie skończył budowę swojego projektu, a Ivy otworzyła własną restaurację. Wszystko układa się jakby idealnie, ale chwilę później jedna mocniejsza burza przewraca ich życia do góry nogami.
Mianowicie, nasze małżeństwo zamienia się rolami i to architekt musi zająć się dziećmi, a kucharka podejmuje się wspięcia na wyżyny swojej kariery. Jak to się dla nich kończy? To zobaczyć możecie sami.
Myślę, że najsilniejszą częścią tego filmu jest scenariusz. Tony McNamara swoją pracą sprawił, że każda postać ma w sobie niewyobrażalne pokłady charyzmy i emocji. Nawet najkrótsze sceny i interakcje działają dzięki temu jak idealne płótno pod występy naszej obsady. Poza tym unowocześnione elementy fabuły jak wątek macierzyństwa wypadają fenomenalnie. Ponad to wszystko sam humor też jest wielkim atutem tej produkcji. Pomimo tego, że elementy humorystyczne i ich jakość to rzecz raczej subiektywna, z pewną dozą pewności mogę powiedzieć, że jeśli podoba Wam się generalne podejście do brytyjskiej komedii, z czarnym humorem, lekką dozą nihilizmu i przekomarzaniem – ten film będzie dla Was w sam raz.
Oczywiście sam scenariusz to tylko słowa na kartce. Dużą część klimatu filmu, a tym jego atutów można przypisać samej obsadzie. Zarówno Benedict jak i Olivia mają w sobie tyle pasji, że aż czuć jak tylko chcą zerwać z siebie ubrania, prawie każda scena jest idealna do wycięcia i pokazania komuś jako sposób na zachęcenie widowni do oglądania minimalnymi krokami. W pewnym sensie cały ten film wypada wręcz teatralnie, myślę, że jest to właśnie zasługa dosadnego podejścia do odgrywania ich ról, co jest charakterystyką gry przed widownią na żywo.
Film nie jest jednak idealny. Wielu recenzentów, mówiąc o nim, wspominało o nierównym tempie, które przeszkadza w odbiorze historii. Osobiście myślę, że mają do pewnego stopnia rację. Film zaczyna się bardzo szybko, potem spowalnia na o wiele dłużej niż powinien, aby skończyć się znowu z przytupem. Osobiście uważam, że jest to do pewnego stopnia natura tej historii, gdyż ta powolna część ma być miejscem gdzie subtelny konflikt ma narastać, aby metaforycznie i w praktyce wybuchnąć na koniec. Pomimo tego, że mi to wybitnie nie przeszkadzało wierzę, że są osoby, które mogłyby poczuć się wtedy znudzone.
Jakiego rodzaju miłości dotyka ten film?
Myślę, że to jest moment recenzji, w którym warto się pochylić nad tym jaki jest przekaz tego filmu. W mojej opinii opowiada on o tym jak mocna miłość może doprowadzić do katastrofy w nieodpowiednich warunkach. W mojej osobistej opinii reżyser i scenarzysta chcieli pokazać jak ważna w budowaniu relacji jest powaga i dorosłość emocjonalna. Ten element jest najbardziej widoczny pod sam koniec filmu, kiedy jest nam powiedziane, że pomimo lat szczęścia i miłości tytułowi państwo Rose nie są już w stanie się dogadać z tego powodu, że Ivy nigdy nie podjęła się obowiązków w relacji w dorosły sposób. To samo można powiedzieć o Theo, który pomimo lat, które spędzał na powolnym nienawidzeniu swojej żony, nigdy nie uznał, że warto byłoby powiedzieć jej o swoim nieszczęściu.
Dla kogo jest ten film?
Bardzo ważnym pytaniem jakie warto sobie teraz zadać jest „dla kogo jest ten film?”. W mojej opinii jest on dla ludzi którzy kochają bardzo, ale nienawidzą jeszcze bardziej. Jeśli masz czasem wrażenie, że każda miłość dla Ciebie jest jak uderzenie przez pociąg, z którego musisz się wylizywać przez lata, ten film jest dla Ciebie. Myślę, że ten film może też być dla Ciebie, jeśli po wszystkich latach nadal tęsknisz za tą jedną osobą.
W dużym skrócie – Państwo Rose to bardzo dobrze skonstruowana czarna komedia. Zarówno scenariusz jak i gra aktorska jest w filmie niesamowita. Przepakowana brytyjskim humorem i dobrą dozą realizmu przekazuje nam też ważne lekcje o miłości. Pomimo pewnych wad nadal nie zniechęca a wręcz przeciwnie – przyciąga do ekranu i nie puszcza przez całą godzinę i czterdzieści pięć minut. Jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich mizantropów jak i dla tych co kochają za bardzo. Jeden z najlepszych seansów tego roku dla mnie i film do którego z chęcią wrócę po czasie.
Biorąc pod uwagę to wszystko, dobrą oceną tego filmu jest 8/10.

